środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział 1


   Ten rozdział pragnę zadedykować niezastąpionej Patrycji, która jest moją muzą, aniołem opatrzności, edytorem i menadżerem w jednym ;) Bez niej nie opublikowałabym żadnej z moich "myśli". Dziękuję :*








   Drzewa migały mi przed oczami, tak samo poobklejane latarnie uliczne, ale mimo to widok za oknem czerwonego forda z drugiej ręki, pozostawał taki sam. Niezmiennie szare domy, ludzie patrzący w ziemię, zamiast podziwiający prawie bezchmurne niebo. Żałowałam tym ludziom tego, że wciąż się spieszą, a ich świat ogranicza się do czubka ich własnego nosa. Mój świat ograniczała jedynie linia horyzontu. 
   Wykrzywiłam niewygodnie głowę, by przez szybę samochodu dostrzec pierzaste chmurki, rozwiane przez północny wiatr. Moje bystre oczy przyuważyły, że na zachodzie, tuż nad widnokręgiem, zaczynają się ciągnąć cudowne cumulusy. 
   W moim sercu pojawiła się niecierpliwość. Chciałam by ceremonia inauguracyjna się już skończyła i abym mogła położyć się na trawie i patrzeć na chmury. Pomyślałam o zrobieniu im zdjęć. Nim ta myśl wybrzmiała w mojej głowie, już miałam gotowy plan na nową zabawę. Mogłabym tą zabawa zintegrować nową klasę! 
Nim moje rozmyślania o nowych przyjaciołach, których chciałam zdobyć, przybrały jakiś bardziej konkretny kształt, samochód zatrzymał się przed jednopiętrowym budynkiem. Mała, przytulna szkółka.
   Poczułam wzrok kobiety na moim trzynastoletnim karczku. Mimo to, nie nacisnęłam klamki i nie opuściłam forda. 
   Kobieta tylko westchnęła z rezygnacją i opuściła ręce, które dotychczas trzymała zaciśnięte na kierownicy. 
   Zaczęłam nerwowo bawić się krawędzią materiału mojej czarnej, plisowanej spódniczki. 
- A co, jeśli nikt mnie nie polubi? - spytałam Anne.
- Kochanie, miliony nastolatków mają dziś swój pierwszy dzień w nowej szkole i myślą dokładnie tak samo. Każdy niepotrzebnie się zamartwia, a przecież nie będziesz chodziła do tej szkoły sama. Będzie tu mnóstwo osób, na pewno z kimś się zaprzyjaźnisz. Może nawet znajdziesz sobie chłopaka - macocha puściła mi oczko. Nie pamiętem mamy zbyt dobrze, ale Anne zawsze była dla mnie dobra, dlatego słowo "macocha" wcale mi się źle nie kojarzyło. Nie mogę przecież znielubić kogoś tylko dlatego, że jest drugą żoną, a nie tą pierwszą. - W końcu jesteś prześliczna. Po prostu bądź sobą i uśmiechaj się promiennie.
    Odpowiedziałam jej uśmiechem, ale nie tylko.
- Dziękuje, Anne. - wychyliłam się nad skrzynią biegów i ręcznym hamulcem, po to by cmoknąć ją w policzek. - Trzymaj za mnie kciuki.
   Wysiadając z samochodu  usłyszałam za sobą "Będę", po czym zabuksował silnik i czerwone auto odjechało, szybko znikając z pola widzenia.
   Trzy wdechy relaksacyjne na uspokojenie nerwów.
   Odegnałam nieśmiałość i pewnie ruszyłam do wnętrza budynku, gdzie panował spory ścisk. Starsze dzieciaki niecierpliwie przepychały się i nawoływały do przyjaciół, a młodsze w popłochu szukaly przyjaznych twarzy. 
   Odnalazłam moją nową klasę i przypomniawszy sobie rady Anne dotyczące savoir-vivre'u, uprzejmie przedstawiłam się kilku najbliżej stojącym osobą. Widziałam na ich twarz ulgę, gdy to ja odezwałam się pierwsza. 
   Każdy z nas chciał mieć tę niezręczność za sobą, ale inni bali się odezwać.
- Jestem Rose Doson. - przedstawiłam się wysokiemu ciemnowłosemu chłopcu.
- Zayn Malik. - odparł. Zza jego pleców wyłonił się równie wysoki blondyn w rozczochranej fryzurze. Uśmiechnął się do mnie w pewien niezwykle sympatyczny sposób i również się przedstawił.
- Niall Horan. 
   Dowiedziałam się, że chłopcy się przyjaźnią od dzieciństwa i ukończyli tą samą podstawówkę. Miło mi się  z nimi rozmawiało. Dosłownie zatraciłam się w rozmowie z nimi, bo byliśmy dla siebie jak bratnie dusze. Nie zauważyłam zazdrosnych spojrzeń moich nowych, klasowych koleżanek.


   Nogi wyciągnięte pod ławką, siedź osunięta, garb się. Nie wolno ci notować! Musisz zapamiętywać. Pamiętaj pokazać wszystkim ściagi przed klasówką, niech myślą, że oszukujesz.
   Lekcja była cholernie nudna. Skupienie się graniczyło z niemożliwością. O wiele prościej byłoby bezmyślnie zapisywać słowotok nauczyciela i później pouczyć się tego w domu. Hmm, powinnam nie wrócić do domu w tym tygodniu na kilka dni. I nie pojawiać się wtedy w szkole.
   Kiedy łysiejący mikrusek, który uczył nas historii, zaczął przynudzać jeszcze bardziej wstałam, chwyciłam nierozpakowany plecak w rękę i wyszłam z klasy. Nauczyciel tylko zamrugał ze zdziwienia, ale nic nie powiedział.
   Po chwili na korytarzu dołączyli do mnie moi kumple. Nazywaliśmy siebie najlepszymi przyjaciółmi, ale jak można być przyjacielem kogoś kogo się nie zna? Nie znali mnie.
   - Idziemy w miasto, panowie. - podjął Bruce. Bruce miał ciemne włosy i ciemne oczy, był bardzo wysoki i muskularnie zbudowany. Wszyscy byliśmy wysocy. Najwyższy z nas był Kyle, ciemny blondyn o zielonych oczach. Najniższy James, jasnowłosy casanova.
   Graliśmy razem w drużynie, balowaliśmy na imprezach i łamaliśmy wszystkie możliwe zakazy. Reszta drużyny była nam bliska, ale nie aż tak.
   Nikt  Brucem nie dyskutował. Ruszyliśmy ku wyjściu nieodzywając się do siebie. Przed szkołą James z niewyjaśnionych przyczyn kopnął śmietnik, który się przewrócił. Testosteron.
   Nie wiedziałam co chłopcy planowali na dziś, ale mogłam się domyślić, że nie planowali nic. Miało być to co wczoraj, dwa dni temu i tak dalej wstecz. Lans na mieście, mniejsza lub większa rozruba, piwko lub dwa, a po południu stawiamy się na treningu i dostajemy wycisk od trenera. Trenera postury komandosa.
   To robiło się nudne.
   Nie kupiłam książek na ten rok, muszę komuś ukraść podręcznik do historii, żeby nauczyć się na test. Tyle kłopotów. Ach, no tak, i wieczorem muszę poćwiczyć, żeby spalić te cheesburgery, które zjem z chłopakami po treningu.
   Na pierwszym skrzyżowaniu rozdzieliłam się z chłopakami i wróciłam do domu. Nie miałam specjalnej ochoty słuchać o wczorajszym seksie Jamesa i kryzysie związku Kyle'a.
   Wracając do domu mogłabym przestać grać dresa, ale nie przestawałam. Bałam się, że zauważy mnie ktoś nieodpowiedni. Ukradkiem spojrzałam w chmury. Obłoki były jak zwykle całkowicie inne niż te, które widziałam przez szkolne okno. Tylko one były zawsze inne, nigdy takie same. Pobudzały wyobraźnię, inspirowały, odprężały.
   W domu przywitała mnie pustka. Ojciec w grobie, matka w pracy. Szybki rzut plecakiem o ścianę mojego pokoju, pochłonięcie mrożonego jogurtu z lodówki i wzięcie paczki spod łóżka.
   Przed domem czekał na mnie rower. Ten sam co zawsze, mój rower. Włożyłam paczkę do koszyka i ruszyłam w dół ulicy.
   Towarzyszyła mi monotonia. Tydzień temu dostarczałam tyle samo towaru pod ten sam adres. Cały czas działo się to samo. Czułam się bezpiecznie.
   Tak, właśnie "kurier" wiozący "jazz" powiedział, że czuje się bezpiecznie. Za sprzedaż marihuany nie dostaje się zbyt wiele w poprawczaku, ale nie to miałam na myśli.
   Ta monotania sprawiała, że czułam się bezpieczna.
   Po dojechaniu pod właściwy adres drzwi otworzył mi ten sam człowiek co zwykle, i jak zwykle, nie odezwał się. Dał odliczony hajs i zatrzasnął drzwi. Zmyłam się stamtąd od razu.
   Nie miałam ochoty na powrót do domu. Szybki telefon do Bruce'a i potoczyłam się rowerkiem w jedno z naszych ulubionych miejsc spotkań.
   Kiedy przyjechałam chłopcy właśnie kończyli opróżnianie puszek. Ruszyliśmy spowrotem do szkoły rozmawiając na tematy obgadane już ze sto razy.
- Jak robota? - zainteresował się Kyle.
- Dobrze. Ale bez tipu. - odparłam wzruszając ramionami i spluwając przez ramię.
   Na treningu mogłam się rozerwać. Moja koszykówka była dzika i samolubna, ale wszyscy mi to zawsze wybaczali. Mówili, że dobrze patrzy się na moją grę, choć współczuje się moim rywalom i współzawodnikom.
   Trener udawał, że nie wie, iż jestem dziewczyną. Niektórzy naprawdę nie wiedzieli. Na zawodach rejonowych przepchnięcie jednej chłopczycy nie jest problemem.
   Po grze wzięłam szybki prysznic w szatni, chłopacy wiedzieli co ich czeka, jeśli spróbują podglądać. James kiedyś spróbował, dwa dni kulał i odczuwał ból w kroczu. Do teraz boi się, że stracił płodność.
   Okupowaliśmy McDonald's do blisko dziewiątej wieczór. Pochłonęłam sześć cheesburgerów, tortille i nuggetsy. Kiedy zaczynaliśmy się zbierać do wyjścia "w miasto" powiedziałam kumplom, że muszę się odlać.
   Zwymiotowałam posiłek, umyłam zęby, psiknęłam się męskim dezodorantem i zaczęłam rzuć gumę do rzucia w ordynarny sposób.
Dołączyłam do przyjaciół przy wyjściu, James objął mnie ramieniem, drugim objął Bruca, któremu nie podobał się ten gest równie mocno jak mnie. Natomiast Kyle uznał to za świetny pomysł i również się na mnie uwiesił.
- Imprezę czas zacząć! - skomentował jak zwykle radosny blondyn. Ja i Bruce należeliśmy do tych bardziej ponurych, ale też potrafiliśmy się śmiać. Po prostu dziś nie miałam ochoty na śmiech.
    Lubię naśmiewać się z innych, lubię się bić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz